Strefa Opinii

STREFA OPINII

Burmistrz Miasta Sandomierza, Jerzy Borowski, o współpracy z twórcami serialu

Zobacz poprzednie artykuły:

15.01.2010 - Prowokacja w reklamie? Tak, ale nie w Polscerozwiń

„Upalny dywan”, propozycja billboardu promującego Łódź jako Europejską Stolicę Kultury 2016 (patrz Strefa Reklamy Miejskiej), podzielił internautów. Oto niektóre komentarze na łódzkich forach dyskusyjnych:

„Można by pomyśleć, że Łódź leży nad morzem… może to dobrze?”

„To nie jest na billboard. Wśród ludzi, którzy będą go widzieli z okien samochodów czy autobusów, zbuduje wizerunek Łodzi oparty na prostych skojarzeniach - kobieta, lody, etc. Nie wszystko, co ma artystyczną sygnaturę, jest dobre na afisz”.

„Mało europejski”

„Seksistowski, wulgarny, idealny do reklamowania wczasów w Tajlandii i głównych atrakcji, jakie można tam napotkać. Szkoda, że kobieta z dwoma lodami to jedyne, na co stać Łódź”.

„Niby fajny, ciekawy nawet, ale nijak nie oddaje kulturalnych zakusów miasta”.

Marek Janiak, z którym udało nam się porozmawiać na okoliczność powstania dyskusyjnej propozycji plakatu promocyjnego Łodzi, negatywne komentarze dotyczące jego koncepcji kwituje następująco:

18.12.2009 -Ewa Borkowska, p.o. naczelnika wydziału promocji Piaseczna o Łódzkim Festiwalu Reklamy AdDaysrozwiń

20.11.2009 - Łódź: siła w proMOCjirozwiń

Łódź: siła w proMOCji

Posłuchaj wypowiedzi Dominiki Ostrowskiej-Augustyniak, Dyrektor Biura Promocji Urzędu Miasta Łodzi.

Co daje miastu strategia promocji? Jaki “kurs” obrała Łódź, jeśli chodzi o autopromocję?

O budżecie promocyjnym Łodzi

06.11.2009 - Polacy za smutni na teorię fanu?rozwiń

POLACY ZA SMUTNI NA TEORIĘ FANU?

W Internecie pojawiły się filmiki pokazujące działania w ramach akcji zainicjowanej przez koncern Volkswagen. Nazwa tej akcji, „Fun Theory” odnosi się do popularnego stwierdzenia, że najlepiej uczyć - bawiąc. Pomysłodawcy pokazują, jak niewielkim kosztem i z pomocą błyskotliwego acz prostego pomysłu można skłonić ludzi do podejmowania pozytywnych działań, a tym samym uczynić życie w mieście znośniejszym…

Słychać kroki… naprawdę

Takiego kosza każdy chciałby dostać

Recycling jest faaajny


Oficjajna strona projektu: www.thefuntheory.com

O komentarz do tej akcji poprosiliśmy Katarzynę Dragović, założycielkę warszawskiej Szkoły Mistrzów Reklamy.

W pełni popieram „fun theory”. Jeśli nie można ludzi zmusić do tego, żeby robili coś „na rozum”, albo z obywatelskiego obowiązku, czemu nie próbować zrobić z tego zabawy…
Mrugający pojemnik na butelki - świetny pomysł, u nas można by zainstalować taki grająco - mrugający mechanizm w pojemnikach, które selekcjonują śmieci. Wrzucisz do złej części, rozlega się buczenie, jak w teatrze. Wrzucisz do odpowiedniej części - wiwaty. Byłoby to całkiem edukacyjne. Ale od razu myślę o kosztach no i o tym, czy walcząc o ekologię nie spowodowalibyśmy tą całą elektroniką jeszcze większych szkód dla środowiska. No i jeszcze myślę o wandalach…
Grające schody - mam mieszane uczucia. Po pierwsze, fun polega na tym, że słyszę jak idę i mogę sobie „wychodzić” melodyjkę. Pod warunkiem, że oprócz mnie na schodach nie ma nikogo. Jak są tłumy (a jak widać - są), to nie usłyszę mojej melodyjki, tylko potworną kakofonię. Nie wiem, czy chciałabym ją usłyszeć… Druga rzecz, to cel. Jeśli celem jest rozwijanie kultury fizycznej, to ok. Natomiast jeśli celem jest ekologia, to chyba nie za dobrze to przemyśleli. Nie wiem, czy schody grające zużywają mniej prądu niż schody ruchome …
Gwiżdżące kosze na śmieci - idea podobna do kolektora na butelki. Szkoda, że u nas tego nie ma. W Warszawie przydałyby się zwłaszcza pojemniki na psie kupy. Mogłyby na przykład mówić „dziękuję”, albo szczekać. Albo przydzielać punkty, które potem można by wymienić na bilet do kina. Już widzę, jak małolaty ganiałyby po osiedlu z torebeczkami i wypatrywały psich kup. Ech, rozmarzyłam się…

kasiaportret1

Katarzyna Dragović
Dyrektor kreatywna, kulturoznawczyni, związana z międzynarodowymi agencjami reklamowymi. Pracowała m.in. dla Coca-Cola, Nescafe, General Motors, Canal+, Plus GSM, Gilette. Laureatka i jurorka polskich oraz zagranicznych konkursów reklamy; wykładowca Łódzkiej Szkoły Filmowej (film reklamowy) oraz Miami Ad School.

22.10.2009 - Szwedzkie akademiki, czyli jak studenci mieszkają w Sztokholmierozwiń

SZWEDZKIE AKADEMIKI, CZYLI JAK STUDENCKI MIESZKAJĄ W SZTOKHOLMIE

Tomasz KorolkoCzy można być niezadowolonym z akademika? Można, ale nie w Sztokholmie. W Polsce zazwyczaj studenci mieszkający w akademiku dzielą się na 2 grupy: tych zadowolonych, którym pasuje ten klimat i nie zamieniliby miejsca zamieszkania na żadne inne, oraz tych, którym nie odpowiadają pasujące tam warunki i przy pierwszej sposobności starają się wynająć coś na własną rękę, byle nie mieszkać w akademiku.
W Sztokholmie jest inaczej. Tutaj wszyscy są zadowoleni z akademika. Przynajmniej ja nie spotkałem nikogo, kto by chciał się wyprowadzić. Dlaczego tak jest? Dlaczego pomimo tego, że za pokój płaci się kilkakrotnie drożej niż w naszym kraju, akademiki cieszą się tak dużym uznaniem? Trudno udzielić na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że na ten stan rzeczy składa się kilka czynników.
Po pierwsze: standard akademika. Miałem okazję odwiedzić jeden z warszawskich domów studenckich i, delikatnie mówiąc, wrażenia z tej wizyty nie były zbyt dobre. Po prostu brzydki blok z wielkiej płyty, korytarze i wieloosobowe pokoje - wszystko wygląda jak hotel robotniczy z czasów głębokiego PRL-u. Jeden węzeł sanitarny (łazienką bym tego raczej nie nazywał) i kuchnia na całe piętro. Głośno, mnóstwo studentów palących papierosy na korytarzu . W dodatku drzwi do pokojów nieszczelne, przez co dym czuć także w pokojach. Jednym słowem - nie za ciekawe warunki i nie dziwię się tym, którzy chcą stamtąd uciekać. Podobno ostatnio w owym akademiku są robione remonty, niemniej zapamiętałem go właśnie takim.
W Sztokholmie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Pokoje są mniej więcej takiej samej wielkości, jak w polskich akademikach, z tą jednak różnicą, że zawsze są jednoosobowe. Do tego w każdym pokoju jest łazienka (nie tylko zlew jak w Polsce, ale także prysznic). Student ma cały pokój i łazienkę tylko dla siebie, nie musi się liczyć ze współlokatorami ani czekać w kolejkach, żeby się wykąpać. Taka niezależność jest niewątpliwie ogromnym plusem. A jak ktoś się poczuje za bardzo samotny w tych luksusach, wystarczy, że wyjdzie z pokoju, przejdzie kilkanaście metrów korytarzem i wejdzie do kuchni. Tam na pewno kogoś spotka. Podobnie jak w polskich akademikach, kuchnia jest wspólna. Ale i tutaj różnica jest duża: nie jedna na całe piętro, ale jedna na kilkanaście, a czasami nawet kilka pokoi. Każdy ma swoją półkę w lodówce i zamrażalniku, swoją szafkę - miejsca jest wystarczająco dużo dla wszystkich. O bałaganie czy brudzie w kuchni też nie może być mowy - są dyżury. Każdego tygodnia jeden z lokatorów jest odpowiedzialny za porządek i wyrzucanie śmieci. Ten system działa perfekcyjnie.
Dodatkowo każdym budynkiem opiekuje się dozorca, pracownik firmy, która jest właścicielem akademika (w Sztokholmie wszystkie akademiki są własnością prywatnych firm, to im studenci płacą czynsz, a nie uniwersytetowi). Jeżeli jest jakiś problem w kuchni, czy w pokoju (np. trzeba uszczelnić okna, albo coś się zepsuło) można po niego zadzwonić, a sprawnie i szybko usunie usterkę.
Po drugie: mieszkańcy. W jednej z polskich gazet przeczytałem niedawno, że według oficjalnych danych jest ponad 300 tys. studentów, z czego tylko 3,7 tys. to studenci zagraniczni. To niewiele ponad 1 %. W Sztokholmie odsetek studentów z zagranicy jest o wiele większy. Jest to szczególnie widoczne w miasteczkach studenckich (nawet kilkanaście domów studenckich stoi obok siebie, tworząc osiedle, a takich miejsc w Sztokholmie jest kilka). Na przykład w korytarzu, w którym mieszkam, jest tylko 3 Szwedów na 13 osób. Obcokrajowców jest na tyle dużo, że językiem, którym posługuje się na co dzień w akademiku jest język angielski, a nie szwedzki. W Polsce taka sytuacja jest nie do wyobrażenia. Może właśnie dlatego w domach studenckich w Sztokholmie studenci chcą mieszkać. Jest okazja do poznania ludzi z całego świata, ich kultur i zwyczajów. Gdyby ktoś zamiast mieszkania w akademiku wynajął sobie mieszkanie gdzieś w innym rejonie Sztokholmu, straciłby tę niepowtarzalną możliwość.
Po trzecie - lokalizacja. Akademiki tworzą tzw. miasteczka studenckie. Wszystkie miasteczka w Sztokholmie mają bardzo dobrą lokalizację. Nie są w samym centrum miasta (np. mój akademik znajduje się tuż obok parku narodowego i w dodatku nad samym morzem), ale jednocześnie są bardzo dobrze skomunikowane z uniwersytetem. Dzięki 7 liniom metra dojechanie na zajęcia nie stanowi żadnego problemu. Ponadto w pobliżu każdego z nich jest supermarket, gdzie można zrobić wszystkie potrzebne zakupy. Jak widać, dla mieszkańców akademika wszystko jest na wyciągnięcie ręki. W Polsce (przynajmniej w Warszawie) nie zawsze jest tak kolorowo.
W mojej opinii powyższe czynniki są przyczyną sukcesu sztokholmskich akademików. Możliwe, że nie doceniam walorów polskich domów studenckich patrząc przez pryzmat tego jednego, który miałem okazję odwiedzić, ale gdybym miał wybierać, bez wahania zdecydowałbym się zapłacić więcej i mieszkać w warunkach takich jak w Sztokholmie, nawet jeżeli miałoby się to odbyć kosztem wyrzeczeń związanych z pozyskaniem funduszy.

Tomasz Korolko
Student Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie kształci swoje prawnicze umiejętności na Uniwersytecie Sztokholmskim w ramach międzynarodowej wymiany studentów.

08.10.2009 - Wywiad z Dariuszem Ziemskim, prezesem Proregionyrozwiń

Jesteśmy świeżo po zakończeniu pierwszego Przeglądu Filmów Promocyjnych Miast i Regionów PROMOCITY (o przeglądzie piszemy w STREFIE CENTRUM UWAGI przyp.red). Jakie są Pana wrażenia ogólne?

Liczba nadesłanych prac świadczy o sporym zainteresowaniu tego typu inicjatywą. Z drugiej strony zaskoczyła mnie bardzo słaba reprezentacja filmów internetowych/virali, których możliwości promocyjne najwyraźniej nie są jeszcze przez miasta doceniane. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości ośrodki miejskie, szczególnie te o skromnych budżetach, będą wykorzystywały formy internetowe do przedstawiania śmiałych, kreatywnych pomysłów na promocję, co pozwoli im się wyróżnić bez angażowania dużych środków finansowych.

Czy miasto może być produktem?
Produkt to coś stworzone po to, aby zaspokajać potrzeby innych. Chęć odwiedzenia danego miasta, skorzystania z oferty, jaką ono oferuje jest zaspokojeniem pewnych potrzeb ludzkich. W takim ujęciu możemy więc uznać, że miasto jest swego rodzaju produktem i jako takie powinno być promowane tak, aby ludzie chcieli z tego produktu korzystać.

Co jest większym wyzwaniem: wykreować nowy wizerunek znanego miasta, czy stworzyć od podstaw wizerunek nikomu nieznanej miejscowości?
Większym wyzwaniem jest poprawa istniejącego wizerunku miasta, bo wymaga większego nakładu pracy. Najpierw trzeba zdjąć ujemny ładunek emocji i skojarzeń odbiorców, a następnie wykonać pracę w celu wykreowania pozytywnego wizerunku. Kreując nieznaną miejscowość, startujemy od zera i nie musimy się mierzyć z żadnymi zaszłościami.

Jakie rozwiązania są według Pana przyszłościowe dla marketingu miejsc?
Zdecydowanie Internet i eventy.

Dziękuję za rozmowę


logo

Skomentuj

Możesz używać tagów : <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>