O rynku w Opolu

22 06 2009

Opolski rynek

Starówki, czy też Stare Miasta to chluby swoich miast. Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, ale także Tarnów, czy Sandomierz są dumne ze swoich Starówek i promują je jako główne atuty turystyczne. Zapewne słusznie, bo historyczna zabudowa to atrakcja sama w sobie. Ale czasem coś jest nie tak z tym głównym atutem.

Przykładem ciekawej Starówki, w której coś jest nie tak, jest Stare Miasto w Opolu. Uliczki prowadzące do Rynku są ładne i urokliwe, ale im bliżej jesteśmy samego Rynku, tym krajobraz zaczyna być coraz bardziej monotonny. Sam Rynek oraz jego najbliższe okolice są opanowane przez oddziały banków. Ale ile ich tam jest? To prawdziwe pole bitwy konkurencyjnej polskich finansów dla osób indywidualnych. Jeżeli ktoś chciałby poznać polską panoramę bankowości detalicznej, to polecam wizytę w Opolu. Na bardzo niewielkim obszarze spotka większość z jej reprezentantów.

Dlaczego tak się czepiam banków w Opolu? Dlatego, że jest to doskonały przykład zepsucia jednego z najważniejszych zasobów turystycznych miasta. Stare Miasto powinno oferować różnorodną mieszankę sklepów, barów, kawiarni, restauracji, księgarni, punktów usługowych, galerii, muzeów i innych ciekawych ofert, które potrafią wykorzystać wyjątkowy kontekst miejsca. Atrakcyjność miejsca wynika właśnie z tej różnorodności, w której każdy znajdzie ofertę dla siebie.

Myślenie marketingowe powinno tu przebiegać w następujący sposób:

· Po co ludzie przychodzą na Stare Miasto?

· Jak chcą spędzić tam czas?

· Jak zatrzymać odwiedzających Stare Miasto jak najdłużej?

Zamiast tego zadawane jest inne pytanie: Kto zaoferuje najwięcej za miejsce na Starym Mieście? W taki sposób oddziały banków zdominowały opolski Rynek i jego okolice. Problem w tym, że takich, którzy przychodzą na Stare Miasto, aby poznać jak najwszechstronniejszą ofertę bankową jest niewielu.

O co tyle krzyku? Przecież nadal można spacerować, usiąść w jednej z nielicznych, ale obecnych pubów lub restauracji. I tu trafiamy w sedno sprawy. Tym sednem jest odpowiedź na pytanie: Co może zrobić człowiek na Starówce? A dokładnie chodzi o liczbę i jakość oferowanych mu opcji zagospodarowania czasu w sposób dla niego ciekawy (po angielsku nazywa się to quality time). Im mniejsza liczba możliwości i im te możliwości słabsze i bardziej monotonne, tym niższa atrakcyjność miejsca. Bo marketing miejsc to nie tylko promocja, ale także atrakcyjność samych miejsc jako przedmiotów tej promocji. Kiepskiego towaru w ładnym opakowaniu nikt nie chce.

Proces analizy strategicznej obejmuje następujące etapy:

1. Jaka jest pozycja na rynku?

2. Jak wpływają na nią cztery czynniki strategicznej analizy: otoczenie rynkowe, konkurenci, nabywcy i własne zasoby i kompetencje?

3. Jaki jest główny problem zagrażający pozycji firmy, marki na rynku?

Te pierwsze 3 punkty to analiza problemu.

4. Jaka najkorzystniejsza pozycja jest możliwa do zajęcia przy istniejących ograniczeniach czterech czynników strategicznych?

5. Jak ją osiągnąć?

Jednozdaniowe ujęcie punktów 4 i 5 to rekomendacja.

6. Jakie istnieją alternatywne możliwości?

7. Porównanie alternatyw między sobą.

8. Sprawdzenie wyboru do rekomendacji czterema czynnikami strategicznymi. W jaki sposób ograniczają strategie?

Po pierwsze strategia to identyfikacja docelowych odbiorców.

Jacek Pogorzelski



Wakacje czas zacząć!

15 06 2009

Wraz z kolejnym długim weekendem zaczęliśmy już wszyscy myśleć o sezonie wakacyjnym. Właśnie, ale czy na pewno wszyscy? Co roku zdumiewa mnie, jak nasze –jakby nie było- piękne i urokliwe polskie miasta leniwie wykorzystują swój potencjał turystyczny. Fakt,
w tym roku pogoda kolejny już raz nie dopisała w trakcie długiego weekendu – ale czy to zwalnia włodarzy miasta od ich promowania i zachęcania (potencjalnych) turystów do ich odwiedzania? Od dłuższego już czasu obserwuję, jak zachęca się ludzi do spędzania wolnego czasu w naszych polskich miastach. Przykład z mojego podwórka – w Sulejówku, z którego pochodzę, jak co roku 13 czerwca obchodzony był Dzień Marszałka Józefa Piłsudskiego. Niby nic wielkiego, a jednak można było odwiedzić Dworek Milusin, w którym mieszkał Marszałek, przebiec się w maratonie, posłuchać ciekawych koncertów itp. Wszystko pięknie, tylko czemu nikt o tym nie wiedział? Jedyną informacją na ten temat była ulotka na stronie internetowej miasta. W mieście nie było żadnych plakatów informujących o tym wydarzeniu, nie mówiąc już o braku jakiejkolwiek informacji w mediach – choćby regionalnych. Sytuacja powtarza się sukcesywnie przy rożnych innych ciekawych i ważnych wydarzeniach w moim mieście, co sprawia, że sukcesywnie zadaje sobie pytanie „Po co robić sobie tyle trudu, skoro i tak nikt o tym nie wie?”. Czy sytuacja ta nie stanowi również przejawu braku efektywności
i gospodarności środków, z których urzędnicy są rozliczani? Czy jest to też efektem braku świadomości urzędników o promocji i marketingu miejskim? A może jest to efektem braku wykwalifikowanej kadry w urzędach ds. promocji? Niezależnie od tego, jaką odpowiedź postawimy na ww. pytania faktem jest, iż wiele miast nieefektywnie wykorzystuje swój potencjał turystyczny, a coraz więcej osób spędza wolny czas poza granicami naszego kraju. Właściwie nic w tym dziwnego, skoro warunki klimatyczne mamy takie, a nie inne,
a pozostałych zachęt jakoś brak. W trakcie tego długiego weekendu miałam okazję pooglądać też trochę telewizji – z ciekawości, czy polskie miasta zaczęły już jakąś promocyjną kampanię letnią. I co widzę? Na TVP Info wyemitowany został krótki felieton o miejscach wartych odwiedzenia w sezonie letnim – pokazano Gdańsk, w którym tak wiało, że reporterka ledwo mikrofon utrzymała w rękach oraz panią z jakiegoś ośrodka agroturystycznego
z Podlasia, która w trakcie ucierania masła zapraszała do odwiedzin ich regionu. Nie wiem jak innych, ale mnie to na pewno nie przekonało do odwiedzin tych miejsc. Czy naprawdę nasze polskie klimaty trzeba reklamować i promować tak „swojsko i wiejsko”? Będę bacznie obserwować promocyjne poczynania naszych polskich miast w zbliżającym się sezonie letnim i sukcesywnie zdawać relację z tych lepszych i gorszych przykładów. Mam jednak nadzieję, że w końcu więcej będzie tych lepszych;)

DS



Nasze lokalne wybory

8 06 2009

Patrząc na świat z perspektyw własnego regionu rzadko kiedy nasze zainteresowanie sięga dalej, niż do granic Polski. Następnego dnia po wyborach do Sejmu i Senatu mamy wrażenie że budzimy się w nowej Polsce. Jedni są pełni nadziei, inni myślą o wyjeździe. Podobnie zaczynamy reagować na wybory samorządowe – po 20 latach kształtowania się samorządności mamy coraz większą świadomość tego, że wybory do władz lokalnych na kilka lat ukształtują naszą rzeczywistość.

A jak czujemy się po zakończonych wczoraj wyborach do Parlamentu Europejskiego? Czy mamy dzisiaj wrażenie, że obudziliśmy się w nowej Europie, w nowej rzeczywistości?

Niestety, ale większość Polaków tak nie myśli. A przecież Parlament Europejski – jedyna demokratycznie wybierana instytucja Unii Europejskiej – decyduje o kształcie unijnego prawa oraz ma ogromny wpływ na unijne budżety. Decyzje Parlamentu Europejskiego mają więc bezpośredni wpływ nie tylko na sytuację w poszczególnych krajach, ale także, a może przede wszystkim, na sytuację w regionach, miastach, wsiach, a więc bezpośrednio w tych miejscach, w których żyjemy. Dlaczego zatem tak niewiele wiemy o tej instytucji i tak niewiele się nią interesujemy?

Być może trzeba więcej czasu, abyśmy poczuli się obywatelami Europy. Szkoda tylko, że nasze władze nie czynią nic, aby ten proces przyśpieszyć. Wystarczy spojrzeć na przebieg tegorocznej kampanii wyborczej. Zdominowana została sprawami krajowymi, pomimo że dotyczyła PE, a więc spraw, które rozstrzygają się na poziomie europejskim. Nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby wyjaśnić wyborcom, jakie frakcje działają w Parlamencie Europejskim, jaka jest ich polityka oraz jak mogą one wpływać na naszą rzeczywistość. A przecież eurodeputowani zachowują się najczęściej zgodnie z wytycznymi swoich grup politycznych. Czasami zdarza się oczywiście, że łamią oni tę regułę i głosują blokami narodowymi, ale takie sytuacje należą do rzadkości. Powinniśmy więc dokładnie wiedzieć, jaka jest np. polityka Europejskiej Partii Ludowej, skoro w liczącym 736 deputowanych europarlamencie prawdopodobnie zgarnie ona 267 mandatów, a w skład EPL prawdopodobnie wejdzie prawie połowa polskich eurodeputowanych. A tej wiedzy niestety nam nie zaprezentowano.

Winę za tę sytuację ponoszą przede wszystkim politycy. Pozostaje mieć nadzieję, że w następnych wyborach wzrośnie nasza wiedza oraz świadomość, że wybór eurodeputowanego wcześniej, czy później wywrze wpływ w miejscu mojego zamieszkania.

Piotr Korolko



Konkurs na film promocyjny Nowej Huty

1 06 2009

Choć pomysł na promocję miasta to nienowy, to warto mu się przyjrzeć. Zaletą jego jest włączenie mieszkańców do promowania własnego miasta. Powszechna dostępność urządzeń rejestrujących ( amatorskie kamery, kamery w telefonach komórkowych) pozwala na udział w konkursie każdemu, kto tylko ma inwencję. Niestety wykorzystanie materiałów będzie bardzo ograniczone        ( praktycznie tylko internet), ale za to miasto nie ponosi żadnych kosztów ( zakładając, że nagrody ufundują sponsorzy). Udział w konkursie eliminuje raczej pomysły standardowe - zabytki, przyroda, inwestycje…  Często trudno odróżnić od siebie  miasta, przeglądając filmy promocyjne, które niestety na ogół są bardzo schematyczne i …nudne. Myślę, że nowohucka inicjatywa znajdzie naśladowców i przyczyni się do podniesienia poziomu filmów promujących miasta. Zwłaszcza tych, których produkcja pochłania spore koszty, jak w przypadku Łodzi. Tam powstał film wyjątkowy, nagradzany w kraju i za granicą. Ale niewiele miast ma takie zaplecze filmowe i takie budżety.